|
Zobacz galerię zdięć...
Powróćmy jak za dawnych lat... Romanse, piękne kobiety płaczące w piwnicznych murach do słów piosenek śpiewanych przez księcia nastroju, dżentelmeni pocieszający je w swoich ramionach. Mieczysław Święcicki, artysta Piwnicy pod Baranami, reżyser, aktor i piosenkarz przez lata swoją piosenką poruszał rzesze
kobiet i mężczyzn wprowadzając ich w nastrój romantyczny, wręcz
intymny. Znany przede wszystkim z wykonywania romansów cygańskich i
Wertyńskiego, jest jednym z najpopuralniejszych artystów w Polsce. Nam
opowiada o romansie,
miłości i o tym dlaczego „Dziwnie człowiekowi w Chicago”.
Jak się Panu podoba w Chicago? Czy dalej jest tak „Dziwnie człowiekowi w Chicago”? (nawiązanie do piosenki „Dziwnie człowiekowi w Chicago”)
(Śmiech) W Chicago zawsze jest dziwnie, szczególnie dla tych,
którzy przyjeżdżają po raz pierwszy albo po dużej przerwie. Nie wiem
czy dużą przerwą jest trzy lata, w każdym razie przyjazd do takiego
miasta, molocha, gdzie tyle się dzieje, tyle jest ludzi i narodowości a
wszystko gra. Jest to Wieża Babel. Może wewnątrz są jakieś konflikty
ale na zewnątrz tego nie widać. Ludzie żyją ze sobą w symbiozie. Mają,
jak wiemy z opowiadań, przejściowe historie. Istnieją naturalne ruchy
wewnątrz miasta, gdzie jedne grupy etniczne wypierają inne z jednej
ulicy na drugą, ale jest to sprawa „biologiczna”, nie złośliwość losu.
Dla całego miasta najważniejsze jest to, że wszyscy muszą pracować na
rzecz Ameryki, obojętnie czy się jest Polakiem, Rosjaninem, Żydem czy
Portorykańczykiem. Nie tylko Chicago, ale w ogóle Stany Zjednoczone,
np. Nowy Jork, to są molochy gdzie nie ma czasu już na edukację, jeżeli
przyjeżdża się skąd inąd. Tyle się tu dzieje, że ten kto przyjeżdża tu
zrobić karierę, a nie jest wystarczająco mocny musi ustąpić, poczekać,
czy też wymyślić coś innego. Jest to miasto dla ludzi młodych „z
łokciami”. Jest tu walka, często o przeżycie; wielka niewiadoma, ale
bardzo ciekawa i duża szansa. Najważniejsze jest to aby wspierać tę
Polonię rownież duchowo. I tego typu wydarzenia, jak przyjazd „Piwnicy
pod Baranami” są dla emigracji wsparciem intelektualnym.
Porozmawiajmy
jednak o śpiewaniu. Jak się śpiewa dla Polonii? Czy jest różnica w
odbiorze piosenki przez publiczność w Polsce czy tę polonijną?
Nie śpiewa się inaczej, jednak trzeba to odróżnić. Innego typu jest
muzyka tzw. rozrywkowa, którą się gra w klubie czy na weselu, a inna
jest muzyka estradowa, teatralna. To co my reprezentujemy to jest
muzyka kabaretowa. To są wartościowe wiersze, znakomici i cenieni
kompozytorzy; muzyka miedzy innymi Praisnera, Koniecznego czy
Zarydzkiego. A uprawiają ten sport, czyli poezję, zawodowi aktorzy,
którzy grają w teatrach czy w filmach. To przyjemne jeżeli taką
piosenkę śpiewa ktoś znany, bo jest ona bardziej przyjmowana niż poezja
mówiona. Wydaje mi się że należy wyszukiwać coś co zotanie podane
ludziom tutaj w „bombonierze”. Powinno być to odprężeniem,
przypomnieniem swoich kątów i o tym mówimy, nie tylko promujemy Kraków,
ale mówimy o tym co polskie. Przeważnie przyjeżdżałem sam; miałem swoje
recitale, koncerty, z Piwnicą występuje tu po raz pierwszy. Istnieje
ona już ponad 50 lat. Wydała tyle poczatkujących u nas aktorów,
pieśniarzy, scenografów, kompozytorów, bo to jest swoisty misz masz.
Piwnica przyjmuje każdego chętnego, który chciałby pokazać swoje
umiejętności i kto potrafi odnaleźć się w tym specyficznym,
kabaretowym, „piwnicznym” stylu. Nawet jeżeli to nie jest takie
śmieszne to można się uśmiechać, posłuchać czegoś czego na codzień nie
ma.
Jest Pan specjalistą od budowania nastroju i romansów, znany z
wykonywania romansów Wertyńskiego i romansów cygańskich, dlatego wróćmy
jeszcze do tego tematu. Skad się wzięło to zamiłowanie do jego
twórczości?
To chyba nie był przypadek. Pochodzimy (rodzina) ze
wschodu. Tak jak wszyscy, jechaliśmy na zachód. Rodzina była duża i
wszechstronnie rozwnięta, składająca się z lekarzy, bojarów, artystów,
inżynierów. Wertyński w tym czasie był „artystą salonów”. Ludzie,
którzy gromadzili się przy lampce szampana czy koniaku chętnie go
słuchali. W prawie każdym, nie tylko bogatszym, domu znajdował się
wówczas jakiś instrument, więc ludzie grali jego utwory i śpiewali.
Gromadziło się teksty piosenek, wydawano nawet romasne w nutach. Domy
były rozśpiewane. Nie było radia czy telewizji, więc wszyscy musieli
muzykować sami. Romanse cygańskie, z kolei, wzięły się stąd, że dawniej
do okolicznych lasów i wsi przyjeżdżały grupy cygańskie, które przez
pewien okres tam koczowały. Wśród nich byli tacy, którzy wypełniali tę
leśną ciszę muzykując. Aby nadać takiego cygańskiego, pięknego
brzmienia romansom salonowym dawano je do opracowania Cyganom.
Co sprawia Panu większą przyjemność: satyra czy romans? Czy łatwiej jest bawić ludzić czy też sprawiać żeby płakali?
Wydaje mi się że to trzeba łączyć. Jak śpiewam to śpiewam by wzruszać,
więc muszę być aktorem. Jednak mam w zanadrzu dużo różnych pieśni i
jestem przygotowany na każdą okoliczność. Moją specjalnością są
romanse. Mówią że nikomu jeszcze nie udało się tak zaśpiewać rosyjskich
pieśni Wertyńskiego, romansów, w co ja zresztą nie wierzę, pisanych
jeszcze przed Pierwszą Wojną, w czasach krwawej Rewolucji
Październikowej. One mają swoją historię, pisane były dla podtrzymania
ducha. Ludzie żyli tym, tworzyli to. Kiedy umarł Wertyński te pieśni
zostały zapomniane. Później ktoś mnie na to (pieśni Wertyńskiego)
ukierunkował, znało sie melodię, jednak nie znało się sensu tych
piosenek. Uczyliśmy się co prawda rosyjskiego, ale tylko dlatego że nam
kazano. Nikt tego nie zgłębiał, choć ten język, jak francuski, jest
bardzo piękny i melodyjny. Dlatego też połączyłem kabaret, czyli
stosunek do siebie, do widowni, żeby mówić o tym radośnie. Staram się
dobrać anegdotycznie literaurę do tego aby widownię pobudzić, a potem
dać im coś do przemyślenia. Na przykład śpiewam „Oczy czarne” na różny
sposób, tak aby ludzie mogli ją nucić w każdej sytuacji. Piosenka musi
być kontaktowa, każdy ją odbiera inaczej, ale taka forma przekazu,
czyli platforma pomiędzy kabaretem a romansem sprawdziła sie przez tyle
lat.
Czy romans, który towarzyszy Panu na estradzie jest obecny również w życiu prywatnym?
Chyba tak... Towarzyszy on każdemu człowiekowi. Śpiewam na przykład
„Jęczmienne łany”, też romans, który niesie ze sobą różne historie.
Stał się on przebojem piwnicznym, którego bardzo chętnie słuchali
studenci. Piosenka ta nastrajała do spotkania się w blasku księżyca,
ale nie w sposób dosłowny. Epoka na romans i kobiety powinna być
zawsze. Ja staram się to w jakiś sposób przedstawić na scenie i
wprowadzać w życie.
Te
piosenki były wręcz uwielbiane przez wszystkich, głównie przez kobiety.
Czy kobiety kochały się w Panu, czy też w Pańskich piosenkach?
Mowią że we mnie. (Śmiech)
Myślę że było tak jak Pani powiedziała. Nie o to chodziło, żeby być
jakimś salonowym podrywaczem, żeby mówili: Ty to miałeś! Te tabuny
kobiet! (Śmiech). One przychodziły ze swoimi mężami, chłopcami,
żeby prowokować i pobudzać nawet czasem gasnącą miłość. Te moje
spotkania były może w pewien sposób edukacyjne. Nie chodziło o to by
rozkręcić dziewczynę, doprowadzić ją do szału i zostawić. (Śmiech)
Możliwe że i tak się zdarzało. Nie wiem, mam tyle lat... wczoraj
jeszcze wiedziałem, dzisiaj już nie pamiętam; jak mawiał pewien
filozof. Pewnie, że były czasy kiedy byłem bardzo przystojny, młody,
szcześliwy, miałem bardzo dużo propozycji wypicia kawy i kiedy miałem
na to czas i ochotę to korzystałem z tego. Wychodzę z takiego
założenia, że kiedy mówi się kobiecie „nie”, ona staje się wrogiem do
końca życia. Jeśli ona proponuje ci szczęście to musisz z tego
skorzytsać, bo może się to już nie powtórzyć. (Śmiech)
Czy myśli Pan, że ten sentymentalizm i romantyzm działa również na współczesne kobiety?
Zawsze działa na kobiety. To zależy jednak od sytuacji jaką stwarza
życie. Jeśli kobieta jest zagoniona i nie ma czasu na nic, przekłada
spotkania na jutro, pojutrze, to uczucie już się osłabia. Wydaje mi
się, że jeżeli coś zaiskrzy to trzeba temu pomóc, jeżeli jest się do
tego stworzonym. Bo są ludzie, którzy się tego boją, zupełnie
niepotrzebnie. Jak nie wyjdzie, to przynajmniej pozostaną wspomnienia.
Italo Calvino napisał taką książkę „Człowiek ilustrowany”, w której
rycerz żył siłą woli. Przeżywał wszystko, opowiadał dziewczynie
wszystko, ale kiedy dochodziło do spełnienia, do radości bycia z
kobietą on wycofywał się, ponieważ był tylko zbroją. Dzisiaj trzeba
pozbyć się zbroji, bo cały świat jest naładowany zakazami. Stoworzono
zaplecze bojaźni przed seksem, wszystko jest „ochronne”. Nie należy
przede wszystkim bać się mówić o takich sprawach i być sobą. Są
przecież znane historie ludzi, którzy nie spełniają się seksualnie, a
jednak są ze sobą. To jest właśnie przeżywanie tego, dotyk, piękne
spojrzenie. Chwila emocji i zauroczenie to jest bardzo piękna rzecz.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że nie powiedział Pan nigdy żadnej kobiecie słowa „kocham” czy też „kocham cię”.
To prawda. Jest tyle słów, które mogą zastąpić to słowo sakramentalne
„kocham”. Może to być również recepta dla kobiety, żeby moć się z
sytuacji niewygodnej wycofać. Słowo kocham...to czasem tak jakby klapka
już zapadła, bo powiedziałeś mi że mnie kochasz. Człowiek musi być
pewny kiedy to mówi. „Robic że się kocha” a niekoniecznie mówić, to
jest istotne. W czynach to wszystko wychodzi, a słowo „kocham” chyba
się powoli zbanalizowało. Tutaj w Stanach Zjednoczonych wszyscy mówią
że cię kocham, tak jak „dzień dobry”, czy „do widzenia”. Trzeba
uszanować to słowo. Jest ono bardzo piękne, jednak powinno być
wypowiadane tak aby ta druga osoba naprawde to czuła. Ja sam przeżyłem
bardzo dużo w tej sferze. Miałem dwie żony, jedna z nich nie żyje. To
była moja wielka miłość. Wszystkim ludziom na kuli ziemskiej to uczucie
nie powinno być obce; nie słowo „kocham”, ale kocham. I przede
wszystkim należy kochać samego siebie. Zdarzają się historie, dramaty
wręcz kiedy ludzie się kochają, a nie są w stanie tego sobie
powiedzieć. Dużo`czasu spędzam z młodzieżą i usłyszałem kiedyś taką
anegdotę, kiedy chłopak mówi do dziewczyny: „Słuchaj, wpadłaś mi w oko!
Ale błagam cię, nie spieprz tego!” (Śmiech)
Czy na byciu romantycznym można zarobić?
Ja przeżyłem 50 lat pracując w taki sposób. To jest ciężka praca.
Ponadto staram się zgłębiać wiedzę na temat miłości czy romantyzmu,
poznać literaturę różnych krajów. Wszędze kończy się „tym samym”,
jednak kultura bycia, rozmawiania z kimś jest istotna. Jestem taki jaki
jestem. Przychodzę do pracy, ale to nie jest łatwa praca, trzeba się
nagłowić, pomyśleć nad danym utorem czy występem. Nawet teraz, kiedy
rozmawiamy, jestem w pracy. Miałem wiele propozycji ze szkół
teatralnych objęcia stanowiska profesorkiego. Jednak nigdy nie miałem
cierpliwości, może to już wiek, do uczenia kogoś. Nigdy nikomu nie
próbowałem wmówić co jest mu dobre, bo on sam powinien to wiedzieć, do
tego dojść i wówczas będzie dobry w tym co robi. Osobowość jest bardzo
ważna. Niekoniecznie jednak ten kto jest na przyjęciu, w towarzystwie
zabawny i rozwesela ludzi, bedzie dobry na estradzie. Kiedy wchodzę na
scenę to nie tylko jako Święcicki, ale jako człowiek wesoły, który chce
coś przekazać, reprezentuje się w pewien sposób. Najważniejsze by to
trzymać i kultywować.
A czy teraz też przeżywa Pan miłość?
Teraz.... Ja może nie przeżywam tej miłości jak dawniej. Niedawno
zresztą, co jest bardzo miłe, zjawiła się koleżanka sprzed 30 lat,
która wtedy była hipiską. Spotykaliśmy się. Wydaje mi się że trudno
teraz mówić o miłości, ale napewno jest wielka sympatia i przyjaźń. W
ludzkim charakterze chyba jest tak zakodowane, że to co się skończyło,
nie wróci. Nie wspomina się tych pięknych chwil, które pewne spotkania,
czy też miłość niosły ze sobą. A gdyby tak było, to na bazie tego co
przeżyliśmy można żywić sympatię do ludzi, z którymi się coś przeżyło.
Szczęście chyba polega na tym że „coś” było pomiędzy ludźmi i to jest
najistotniejsze. Lubię takie powroty.
Czy z perspektywy czasu zmieniłby Pan coś w swoim życiu?
Myślę że nie. Trudno jest już mówić o zawodach. Osiągnąłem w życiu
bardzo wiele i jestem uważany za dobrego artystę. Nie mogę też
powiedzieć, że jestem jednorazowy i niepowtarzalny. Lubię siebie, swoje
miejsca, ludzi których spotkałem i spotykam. Zarówno te dobre jak i
gorsze chwile uczą człowieka pewnej mądrości życiowej. Nie chciałbym
nic zmienić.
Dziękuję za rozmowę.
Aneta Olszynska
|